Naszła mnie przemożna ochota spróbowania swoich sił w żegludze katamaranem. Poczytałam na ten temat i bardzo miło zaskoczyły mnie informacje, że jeśli ktoś dobrze czuje się za sterem klasycznych jednostek, to nie powinien mieś problemu z poprowadzeniem katamaranu. Oczywiście są pewne różnice, które należy mieć na uwadze, generalnie jednak sprawa wygląda nieźle. Ostre przechyły i jazda na jednej płozie okazały się czystą fikcją, gdyż w ten sposób szarżują jedynie skipperzy katamaranów regatowych, zaś wywrócenie tego rodzaju jachtu jest równie możliwe co w przypadku klasycznej jednostki. Nie wiem czy jestem bardziej zawiedziona, czy uspokojona… Ze względu na przechyły, a nie zwrot przez top, rzezc jasna! Będę więc grzebała dalej w temacie. Napaliłam się na taką przygodę, jak to zwykle ja, i jeśli nie w tym sezonie to z całą pewnością w następnym skuszę się na taką żeglarską przygodę. Jako, że moje uprawnienia nie pozwalają (jeszcze) na prowadzenie jachtu po wodach morskich bez nadzoru skupiłam się na poszukiwaniu czarteru na moich kochanych Mazurach. Szybko znalazłam sensownego armatora z flotą składająca się wyłącznie z jachtów tego typu. Będę się zatem dokształcać teoretycznie i w pierwszym możliwym terminie pokuszę się o spełnienie tego żeglarskiego marzenia! Trzymajcie kciuki!
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą żeglowanie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą żeglowanie. Pokaż wszystkie posty
wtorek, 5 lipca 2011
wtorek, 28 czerwca 2011
Rejs "Radia Marysia" z Przechyłami - 4 urodziny Klubu Żeglarskiego Przechyły
Wróciłam właśnie z rejsu zorganizowanego przez mój ukochany Klub Żeglarski Przechyły, z okazji ich 4 urodzin… Jak zawsze było genialnie, wiało mocno, więc żeglowało się świetnie. Załoga i ta stara i ta nowa zgrała się i zintegrowała idealnie, zarówno na wodzie, jak i na lądzie. O tym, że jedzenie było takie, że na samą myśl mi ślinka cieknie też muszę napomknąć. No, a dzięki sponsorom polecieliśmy praktycznie po kosztach. Pysznie było pod każdym względem. No dobra, pozwolę sobie opisać ten króciutki rejs.
Początek wyprawy miał miejsce w Przechyłach (ul. Cieszyńska 6 Warszawa), gdzie zbierała się cała ekipa, z torbami, śpiworami, gitarami, trochę tego było… Do północy bawiliśmy się na koncercie i wprawialiśmy w żeglarski nastrój przy Przechyłowym Mocnym. Gdy zegar wybił 12.00 wszystkie załogi (znaczy 6 ekip po 7 osób daje nam 42 wesołych żeglarzy) udały się do autokaru, co chwilę trwało, bo poza własnym bagażem trzeba było zapakować jeszcze garmażerkę i napoje na urodzinowe ognisko Przechyłów. Gdy już wszyscy zajęli miejsca uroczy pan kierowca zawiózł nas do Węgorzewa. Uroczy, bo robił postoje w kryzysowych chwilach ;) O świcie dotarliśmy co celu podróży. Dzięki R. u boku (a w zasadzie pod głową) muszę przyznać, że całkiem się wyspałam. W porcie czekały już na nas świetne Twistery 780, lubię ten typ jachtów, szybkie, zwrotne i wygodne. Po przyjęciu łódki, zaokrętowaniu i zapoznaniu się całej załogi (bo poza moim babskim składem dołączył mój R i dwie zupełnie nowe, acz bardzo sympatyczne osóbki) poczyniliśmy przygotowania do wypłynięcia. Nieco się co prawda zaniepokoiłam, gdy przed odejściem od kei o mało nie zgubił się nam obijacz (szczęśliwie zdryfował do lądu), no i odkryłam małą katastrofę w postaci pękniętej puszki piwa w naszym prowiantowym plecaku (sosy w proszku poszły precz, a moja książka o żeglarstwie została „ochrzczona”), zapowiadał się ciekawy rejs. Odejście od kei było barwne. Tradycji stało się zadość i silnik ze mną nie współpracował. Szczęśliwie R. i panna U. opanowali piekielną maszynę i z moją skromną osóbką za sterem wyszliśmy z portu przy 2 próbie. Potem już poszło jak po maśle, zdjęliśmy bom, położyliśmy maszt, a po wejściu na Mamry zaczęło się żeglowanie. Załogę miałam super, tylko z racji nie wyuczonej terminologii (po trosze z powodu na poły zagranicznego ziomka na pokładzie) musiałam wydawać komendy np. na lewą żółtą linę… Powoli jednak językowe niuanse zostały opanowane.
Dzień pierwszy: przez Mamry, na Dargin, tam kąpiel w okolicy Królewskiego Rogu, a potem kurs na Sztynort. Wiało przyzwoicie i co ważne świeciło słońce. No prawie. Było jednak przyjemnie i obyło się bez sztormiaków. Na kanale sztynorckim był istny korek i miałam poważne obawy co do miejsca postojowego. Całe szczęście po przeciśnięciu się przez kanałek udało nam się znaleźć miejsce, tradycyjnie, a jakże, przy kei numer 13 :) Ja bardzo lubię trzynastkę, fartowna jest. Już w Sztynorcie R. pomógł w rozpakowywaniu prowiantu na imprezę, a reszta załogi ogarniała łajbę i się, że się tak wyrażę.
Popołudniowe przyjęcie urodzinowe Przechyłów odbyło się na trawie przy wielkim grillu, na którym piekły się przeróżne pyszności, kiełbaski zwykłe, białe z ziołami (objadłam się nimi jak głupia tak mi smakowały), kurczaczki różnej maści, karkówka i inne smakołyki okraszone różnymi procentami oraz bezalkoholowymi popitkami. Zabawa, żeglarskie opowieści, szanty i inne znane i lubiane kawałki sączyły się do północy. Po tej godzinie zmęczeni wcześniejszą zaprawką, drogą na Mazury, no i dniem pod żaglami żeglarze powoli rozeszli się po łajbach, zahaczając czasem o hamak między drzewami, ławeczkę z widokiem na port, czy inną kameralną imprezę.
Dzień drugi: Po balu w Sztynorcie przyszedł czas na to co tygryski lubią najbardziej – żeglowanie. Celem naszej podróży były Wilkasy. Tego dnia pływaliśmy bez presji, relaksacyjnie, z racji iż pogoda zaczęła kaprysić trzeba było zachować ostrożność. Nieocenione okazały się rękawiczki żeglarskie, które dostałam na imieniny od mamci – dzięki kochana! Stworzyliśmy też Klub Sztormiaczka, jako, że troje z nas miało sztormiaki tej samej firmy, z czego ja i panna M. zaopatrzyłyśmy się w nie tu ż przed wypłynięciem. Co prawda miałam swoją nieśmiertelną żółtą „Kaczuchę”, ale spodnie od tegoż kompletu totalnie podarłam na ostatnim rejsie, więc zmieniłam barwy na gustowny granat. Nowe ubranko sprawdziło się nie raz w trakcie tego rejsu. Wystrojeni w nowe sztormiaki stawiliśmy czoła pogodzie i zgrabnie przehalsowaliśmy przez Dargin i Kisajno. W ramach urozmaicenia wycieczki zaproponowałam załodze żebyśmy odpuścili przeprawę przez kanał Łuczyński w Giżycku, gdyż nie znaliśmy dokładnych godzin otwarcia mostu dla ruchu żaglowego. Zamiast tego zaproponowałam przejście bardzo malowniczym i urokliwym Kanałem Niegocińskim. To wspaniała alternatywa dla hałaśliwego kanału Łuczyńskiego, choć jest wąski i ma nieregulowany brzeg, to zaraz po jego zachodniej stronie znajdują się Wilkasy – cel naszej podróży. Wielkim plusem tego kanałku jest też to, że nie pływają tamtędy duże jednostki pasażerskie Żeglugi Mazurskiej. Po wypłynięciu na Niegocin skierowaliśmy się prosto na Wilkasy, gdyż w brzuszkach nam już burczało, a perspektywa schrupania smażonej rybki była bardzo kusząca. Wieki nie byłam w Wilkasach i jakież było moje zaskoczenie gdy za cypelkiem wyłonił się imponujący nowy port. Cumowanie w Wilkasach było czystą przyjemnością, świetnie przygotowane stanowiska dla jachtów, podprowadzone ujęcia wody pitnej, prądu, bliziutko sanitariaty, umywalnie, prysznice. Na lądzie wyrosła okazała elegancka tawerna (jak się okazało ciut droga, ale rekompensował to koncert i tańce do rana), przygotowano punkty odbioru nieczystości i segregacji odpadów, prawdziwy ekologiczny port. Co prawda w danej chwili prąd do jachtów podciągano przedłużaczami, a pod prysznicami zbrakło ciepłej wody, ale w końcu budowa nowej przystani nie jest jeszcze zakończona, więc można to wybaczyć. A ciepłą kąpiel wzięliśmy i tak kilkaset metrów dalej, na kempingu. Rybka!!! Pyszna rybka prosto ze smażalni skusiła nas od razu. Jakoś tak się złożyło, że cała załoga zgodnie zamówiła okonia :) Palce lizać, to zdecydowanie moja ulubiona rybka. Tak posileni mieliśmy siły sprostać kolejnej imprezie integracyjnej, gdyż pozostałe załogi również kręciły się już w okolicy. Zanim to jednak nastąpiło doznaliśmy olśnienia! Nasza wyczarterowana łódeczka nosiła grzeczne imię Marysia. Sącząc dopiero co wymyślonego przez załogę drineczeczka zgodnie przystaliśmy, że skoro Marysia… a my tu się co chwila z żeglarską listą przebojów prezentujemy, to od tej chwili będzie „Radio Marysia”!!! W ruch poszła taśma izolacyjna i już przechrzczony jacht został sowicie opity, obśpiewany i uwieczniony przez organizatora. Nawet przymusowe przecumowanie w głąb portu, o co grzecznie poprosił miły pan bosman, nie popsuło zabawy. Tym bardziej, że cumowanie rufą mam już opanowane do perfekcji, a tym razem dla fantazji zacumowaliśmy bokiem, dziób w dziób i rufa w rufę z zaprzyjaźnionymi załogami. Wyciągnęliśmy się na szpringach i mogliśmy kontynuować integrację. Zabawa jak zwykle trwała do późna… czy też do wczesnego ranka – jak kto dał radę.
Dzień Trzeci: Komandor rejsu rzucił wyczekiwane hasło – dziś będą regaty! Umówiliśmy się przed wejściem do kanału Giżyckiego tuż przed jego otwarciem, potem mieliśmy wspólnie przeprawić się na Kisajno i ścigać aż do mostu Sztynorckiego. Po śniadanku za którym musieliśmy się nachodzić, bo co ja poradzę, że mi się omlet zamarzył, a reszcie jajecznica i smażone rybki… więc po obfitym śniadanku zgrabnie wyszliśmy „Radiem Marysia” z Wilkas i obraliśmy kurs na Giżycko. Po drugiej stronie Niegocina akurat miało miejsce otarcie nowej Eko-Mariny, na terenie dawnego portu „Yellow”. Tak się złożyło, że tej uroczystości również towarzyszyły regaty. Nieco musieliśmy zmienić kurs, gdyż planowaliśmy pokręcić się po jeziorze zanim udamy się na spotkanie z pozostałymi załogami przed wejściem do kanału, a tu nam się skurczyły możliwości. Czekając na otwarcie kanału ćwiczyliśmy pływanie synchroniczne na silniku z załogą Anulki. Kręciliśmy piękne ósemki i kółeczka. Gdy w końcu ruszyliśmy w głąb kanału… okazało się, że musimy absolutnie zrobić przerwę na tzw. „2”. Cóż, nie można walczyć z biologią, bo to się może źle skończyć, zatem zacumowaliśmy na chwilę by dać wytchnąć kilku osóbkom. Po dotarciu na Kisajno mieliśmy wrażenie, że pozostaliśmy daleko w tyle za pozostałymi jachtami z naszego rejsu i z udziału w regatach nici. Cóż, przynajmniej załoga jachtu „Niezłe Ziółka” wypłynęła nieopodal. Już mieliśmy stawiać maszt, gdy z czarnych chmur runęła na nas ulewa. Niebo nad jeziorem było białe, widoczność żadna, a wiatr przybierał na sile. Całe szczęście zdążyłam założyć sztormiak (a w zasadzie zostać w niego ubrana przez życzliwą załogę). Panna I. nie miała tym szczęści i przemokła nam do nitki… Pompa nieco zelżała, ale chmurzyska nie chciały się rozejść i po chwili wahania, czy schować się co portu Centralnego Ośrodku Sportu, czy płynąć zdecydowaliśmy się na to drugie. W ulewie gdzieś zgubiliśmy „Niezłe Ziółka”, byliśmy przekonani, że co do regat, to już po Ptokach, więc przyznam, powieźliśmy się ciut na silniku, ale gdy tylko wyszliśmy na szerszą przestrzeń rozwinęliśmy żagle. Wiało mocno, tyle, że prosto w dziób. Dzielnie manewrowaliśmy przez cały Dargin, aż do mostu, który miał być metą. Jako, że nie wypatrzyliśmy nikogo z naszych, a natura znów dała o sobie znać, przeszliśmy pod mostem i zacumowaliśmy przy dzikiej kejce z lewej. Po tej przerwie zobaczyliśmy załogę „Niezłych Ziółek” i „Anuli” przepływające obok. To jednak cholera mogliśmy się z nimi ścigać, no ale uczciwie rzecz biorąc nasz falstart na katarynie dyskwalifikował „Radio Marysia”. Szczerze, to miałam świadomość, że część mojej załogi nie zniesie ostrych przechyłów podczas regacenia, a i ja w stylu regatowym nie mam doświadczenia. Obiecaliśmy sobie solennie, że poćwiczymy przed kolejnym wyjazdem z Przechyłami i pokażemy się z lepszej strony. Tymczasem czas był najwyższy skierować się w stronę Kietlic. Okazało się jednak, że to nie koniec przygód na dziś. Przepływając przez Kirsajty (na katarynie) przepuściliśmy na przesmyku jacht idący zgrabnie na żaglach. Skoro mają taką ułańską fantazję i, co było widać, umiejętności, to niech sobie bracia żeglarze płyną. Zwolniliśmy gdy robili zwrot w lewo, odbijając od szuwarów, żeby przejść im bezpiecznie za rufą. Niestety totalną nieznajomością przepisów i kultury wykazała się łajba o nazwie „Gabriela”, której sternik po chamsku wpierdzielił się między nas a manewrujący jacht. Jechali ostro i dosłownie rozepchnęli nas i żeglujących na boki. Popisałam się soczystą polszczyzną, bo dawno czegoś takiego nie widziałam. Koledzy żeglarze wylądowali w trzcinach, a my tylko dzięki refleksowi i zaangażowaniu panny M. uniknęliśmy porządnego zderzenia z „Gabrielą”. Złośliwie pozwolę sobie zauważyć, że takich szpetnych kaszalotów jak siedziały na tej łajbie to dawno nie widziałam. Dobrze, że chociaż rzeczone „rubensy” siedziały po przeciwnych burtach, inaczej by mieli zwrot przez top. Koledzy żeglarze nie potrzebowali naszej pomocy, elegancko, na żaglach wyszli z trzcin, szczęśliwie mieli dobry wiatr. Po tej dawce adrenaliny czym prędzej udaliśmy się na Mamry i obraliśmy kurs na Kietlice. Ten mały porcik, zwany też Keją Sawickich (niestety, nie jesteśmy spokrewnieni) ma swój urok. Zaraz przy pomostach czekają na żeglarzy miejsca na ogniska, a kawałek dalej w budynkach po starych stodołach urządzono pełny węzeł sanitarny oraz tawernę, w której serwują dobre jedzenie i pysznego grzańca z miodem. Lubię to miejsce. Zacumowaliśmy na samiutkim brzeżku pomostu, gdyż ciasno było, miejsca mało, przy brzegu zaś płytko i kamieniście, a bojek brakło. Poszła w ruch kotwica, całe szczęście złapała za pierwszym razem i trzymała do rana – dziękuję zdolnemu załogantowi K. Kietlice jak zawsze przyjęły nas ciepłem ogniska i pieśniami pełnymi nie tylko żeglarskich opowieści. Zapobiegawczo w Wilkasach kupiliśmy kiełbaskę, która smakowała lepiej niż zazwyczaj, może dzięki mazurskiemu klimatowi, a może dzięki towarzystwu. Cały wieczór spędziliśmy przy ognisku, ze znajomymi i nieznajomymi, z niesamowitym starszym panem, który mimo siwizny na głowie zachował chart tak ducha jak i ciała i grał pięknie do rana. Czy może być coś lepszego? Dzień pod żaglami, wieczór przy mazurskim ogniu, pieczone kiełbaski, chmielowy napój, krąg przyjaciół i ukochany u boku. Raj na ziemi. Mój raj to zdecydowanie Mazury. W tak błogim nastroju minęła mi ostatnia noc tego rejsu.
Dzień czwarty i ostatni: Poranek w Kietlicach był lekko senny. Rozbudziły nas dopiero naleśniki ze szpinakiem i pyszna kawa. Nie chcąc tracić czasu na siedzenie na lądzie w ostatni dzień naszego rejsu, postaraliśmy jak najszybciej wypłynąć. O 14.00 mieliśmy zdać jacht w Węgorzewie, więc postanowiliśmy maksymalnie wykorzystać silny wiatr. Sztormiaki nikomu nie przeszkadzały, a uśmiech nie schodził nam z pyszczków nawet w dużych przechyłach. Tego dnia wszystko szło idealnie, każdy manewr. Zmieniłam się za sterem z panną U. i kolegą K., bo każdy chciał jeszcze posmakować wiatru. Pięknie nam się pływało i naprawdę poczuliśmy się zgraną ekipą. W te trzy dni dotarliśmy się i stworzyliśmy prawdziwą żeglarską załogę. Ja miałam w końcu dobrą zmienniczkę za sterem w postaci panny U., zatem została pierwszym oficerem, pozostała załoga świetnie ogarniały szoty, cumy i reagowała na komendy. Silnik nam już nie szalał, bo R. opanował go perfekcyjnie, składanie i stawianie masztu szło jak w zegarku, każdy już wiedział co ma robić, za którą linę ciągnąć, co kiedy odczepić, czy zamontować. Lekki smuteczek przyplątał mi się gdy poprosiłam pannę M. o zdjęcie naszej Przechyłowej bandery. Naprawdę mam wielką nadzieję, że spotkamy się jeszcze w tym składzie podczas kolejnych rejsów. Jakoś tak zdecydowanie za szybko przyszła godzina 14.00, sklarowany jacht czekał na odbiór. Byłam zadowolona z tego jak szybko nam poszło pakowanie i szykowanie jachtu do zdania. Bosman przyjął „Marysię” (z żalem odkleiliśmy „Radio”) bez zastrzeżeń. Na zakończenie udanego rejsu udaliśmy się, podobnie jak kilka innych przechyłowych ekip do Tawerny Keja, która karmi chyba najlepiej na Mazurach. Po napełnieniu brzuszków zrobiliśmy sobie jeszcze pamiątkowe zdjęcie całą załogą, z naszym komandorem rejsu i głównym organizatorem, Jackiem. Udało mi się jeszcze zaskoczyć moją załogę drobnym upominkiem na pamiątkę. Każdy dostał ode mnie małą szeklę. Mam nadzieję, że będzie to dla nich taka „niezapominajka”. Po czułych, acz dość pośpiesznych pożegnaniach (bo cześć z nas wracała autokarem z resztą rejsu, a część samochodem), wyruszyliśmy drogę powrotną do domu… Minęła błyskawicznie…
Cieszę się, że prawie cała moja załoga jest z jednego miasta, nareszcie mamy szansę stworzyć pełny skład. Jeszcze większym szczęściem jest dla mnie to, że w sprawdzonej ekipie odbyłam kolejny udany rejs. No i w końcu mam u boku mężczyznę, który dzieli moją pasję. Jestem szczęściarą.
Dziękuję Wam Kochani za wspaniały rejs!!!
Jak mi się teraz z powrotem na Mazury chce!!! Cierpię za biurkiem katusze nieziemskie. Tylko myśl o tym, że za niecałe 2 tygodnie znów poczuję wibracje pokładu, zapach wiatru i wody trzyma mnie przy życiu.
Pozdrawiam, Miss Admiral.
sobota, 12 września 2009
Pierwszy raz przy pełnym takielunku...
Na początku były konie. Tak, dość oryginalnie jak na wstępie żeglarskiej przygody, prawda?
Miałam piętnaście lat, na obozie konnym zaprzyjaźniłam się z panną De i tak już zostało. Różnie to z nami bywało, raz lepiej, raz gorzej, raz bliżej, raz dalej, ale wspólna pasja łączy ludzi, żeglarstwo zaś splata ludzkie losy w naprawdę niezwykły sposób.
Rok później... Chciałoby się zanucić słowa „Miałam wtedy, eh szesnaście lat, swoją drogą szłam przez świat, w sercu zawsze tkwiła uparta myśl, by za głosem morza iść„. Tak trafiłyśmy na obóz żeglarski w Piszu nad jeziorem Roś.
Miałam piętnaście lat, na obozie konnym zaprzyjaźniłam się z panną De i tak już zostało. Różnie to z nami bywało, raz lepiej, raz gorzej, raz bliżej, raz dalej, ale wspólna pasja łączy ludzi, żeglarstwo zaś splata ludzkie losy w naprawdę niezwykły sposób.
Rok później... Chciałoby się zanucić słowa „Miałam wtedy, eh szesnaście lat, swoją drogą szłam przez świat, w sercu zawsze tkwiła uparta myśl, by za głosem morza iść„. Tak trafiłyśmy na obóz żeglarski w Piszu nad jeziorem Roś.
Za koję robiła karimata w namiocie, za mesę tawerna, w wachcie było nas pięcioro. Moja skromna osoba, panna De, Łukasz z Białegostoku, Michał z Zakopanego (góral na Mazurach, najlepszy z teorii), Marek(?) z Oświęcimia, kumpel naszego Piotrusia, no i właśnie Piotr, sternik, instruktor i opiekun w jednym. Bardzo się cieszę, że trafiłam właśnie na niego. Piotrek był (mam nadzieję, że dalej jest) naprawdę fajnym facetem. Stara żeglarska szkoła. Szkolił twardą ręką, ale swoją cierpliwością zadziwił mnie nie raz.
Pierwszego dnia był szok. Nie miałam bladego pojęcia co ten człowiek do mnie mówi. Mógłby wydawać komendy w suahili, zrozumiałabym tyle samo. Jak usiadłam za sterem nie umiałam utrzymać kursu. Załoga miała jednak ogromne poczucie humoru, wszyscy startowaliśmy od zera i staraliśmy się ogarnąć temat. Naprawdę się staraliśmy... Po paru godzinach i pierwszych sztagach i rufach zacumowaliśmy szczęśliwie w macierzystym porcie. Błogosławiliśmy keję, gdy podszedł do nas inny instruktor i zagadną Piotra mniej więcej tymi słowy "fajna załoga Ci się trafiła, już zwroty ćwiczycie, a moi jeszcze nie umieją kursu trzymać"... Uśmiałam się... Autorką większości zwrotów byłam ja... Nie żebym miała taki plan... Przynajmniej każdy błyskawicznie nauczył się unikać bliskiego spotkania z bomem.
Tak mijały dni. Pobudka, wypełzanie z namiotów, biegi i jakieś wygibasy w ramach rozgrzewki, potem toaleta i apel. Apel. Załogi na baczność, równo w rządkach, ekipa trzymająca wachtę, wciąga flagę na maszt, wybija szklanki. Potem mówka instruktorów i przekazanie wachty. Następnie odmeldowanie i w końcu śniadanie. Po jedzonku ruszaliśmy na jezioro. Raz na omedze, raz na neszu, poznawaliśmy tajniki żeglarskiego rzemiosła, coraz lepiej czując się w roli szotmenów, sterników, czy nawet żywego balastu. Żeglowanie zaczęło mi sprawiać prawdziwą frajdę. Koło południa spływaliśmy do Campu i tam jedliśmy odtąd, po kilku godzinach wolnego znów wypływaliśmy i zmagaliśmy się z żywiołami aż do wieczora. Po kolacji odbywały się wykłady teoretyczne. Jak teraz o tym myślę, to nie mogę się nadziwić, że mi się chciało tyle uczyć. Może dlatego, że temat mnie wciągnął i nie był to wcale przykry obowiązek. Po porcji wiedzy zaczynała się zabawa, w starym dobrym stylu. Ogniska i szanty. To wtedy poznałam takie betony jak „Na Mazury”, „Hiszpańskie dziewczyny”, „Marco Polo”, „Samatha”, czy takie perełki jak „Zabierz nas na ląd” i „Mona”. Przesiąkłam tym klimatem na wskroś, dałam się zauroczyć historii żaglowców.
Pogoda nas nie rozpieszczała. Ciężkie od chmur niebo raz straszyło deszczem, by innym razem zafundować zimny prysznic. Podczas jednej takiej ulewy po raz pierwszy strach zajrzał mi w oczy i na własnej skórze przekonałam się, że żeglarstwo, nawet to szuwarowe, ma swoją mroczną stronę. Lało. Nasza załoga, pływająca na omedze, w pełnych sztormiakach wyglądała jak stadko kaczuszek. Piotr trząsł się nad nami jak matka kaczka. Kazał nam co jakiś czas zmieniać się za sterem, każdy musiał wykonać szereg manewrów, wydając pełne komendy. Pozostali musieli głośno odpowiadać na komendy, meldować o tym co się dzieje dookoła, uważać na szoty, balastować, pełna współpraca. Wiało całkiem konkretnie, omega, jak wiadomo łatwo się przegina i o ile praca na żaglach i balastowanie sprawiały mi wielką frajdę, to nie miałam najmniejszej ochoty siadać za ster i brać odpowiedzialności za załogę oraz łajbę. Byłam przekonana, że położę łódkę. Mój drogi instruktor był jednak nieugięty. Stwierdził, że skoro chcę żeglować, to przecież muszę to robić w każdych warunkach. „Jak Cię złapie burza na środku jeziora, to przecież nie rzucisz kotwicy”. Nie udało mi się wywinąć, no bo przecież nie będę się zapierała jak kto głupi, skoro zgadzam się z argumentacją Piotra i mam go obok. Bałam się, co tu kryć. Z duszą na ramieniu wydawałam komendy do zwrotu. Nie pamiętam już, jak to się stało, pewnie popełniłam błąd. Przechył przestał być zabawny w chwili gdy przez prawą burtę zaczęła się lać woda. Fala przelewała się przez dziób. Doskonale pamiętam ten widok. Nie wiem już dokładnie jak to było, zdążyłam wydać komendę na żagle, na pewno interweniował Piotr. Ręce mi się trzęsły, a serce waliło jak oszalałe. Chyba wszyscy mieli pełne portki. Pamiętam też ogromną ulgę gdy udało nam się zapanować nad łódką i z tego wyjść. Po wykonaniu kolejnego zwrotu Piotr pozwolił mi zdać ster. Do dziś jestem mu wdzięczna za to, że się ze mną nie cackał. Gdy w tym roku burze przechodziły nad Mazurami, moja mało doświadczona załoga dzielnie wykonywała polecenia, mając moją obietnicę, że bezpiecznie dopłyniemy do portu. Przez chwilę myślałam o tym jak dużo dała mi tamta lekcja i nie bałam się, musiałam wykorzystać sprzyjający wiatr. Jak wspomniałam cieszę się, że Piotr przygotował nas na trudne warunki i na to by nie panikować tylko myśleć. Cały czas tłumaczył nam co robić w sytuacji jaka akurat miała miejsce. Uczyliśmy się na błędach, własnych i cudzych, nie było żadnych złośliwości, nie było rywalizacji, była załoga, współpraca, wiedzieliśmy, że odpowiadamy za siebie nawzajem. Wiedzieliśmy też, że pełne zgranie będzie nam potrzebne na czekającym nas lada moment egzaminie i że jego powodzenie zależy w dużej mierze od tego jak załoga wykona komendę.
Kolejne etapy szkolenia szły szybko. Poza teorią i praktyką wspomnianą wcześniej, musieliśmy zaliczyć dwuetapowy test pływacki. Polegał on na przepłynięciu wytyczonej odległości dowolnym stylem oraz przepłynięciu krótszego odcinka pod wodą. Kolejną, wydawałoby się śmieszną czynnością było śrubkowanie. Dla nie wtajemniczonych to sposób wiosłowania za pomocą jednego wiosła umieszczonego na rufie łodzi. Ruchy wiosła, ustawionego skośnie na powierzchni wody, działają podobnie jak skrzydła śruby napędowej.
Wspominam ten obóz szkoleniowy z pewnym rozrzewnieniem. Byliśmy zupełnie odarci z nowoczesnych technik, wszystko robiło się tradycyjnymi metodami i siłą mięśni. Do dziś umiem zdjąć foka i złożyć go w mały zgrabny pakunek, sklarować grota przy bomie, odejść i podejść do kei bez silnika, na foku lub pagajach. Wiem jak składać maszt bez patentu itp. Czasami mi tego brak. Lazy Jacki choć wygodne to czasem utrudniają żeglugę, czy zakładanie tenta. Roll Fockowi też do końca nie ufam. Za dużo porwanych żagli w porcie widziałam, więc gdy pogoda jest wredna, to kilka krawatów nie zaszkodzi. No, ale wróćmy do przeszłości…
Dwa tygodnie minęły błyskawicznie. Egzamin się zbliżał. Nie był obowiązkowy, podchodziły do niego tylko te osoby, które miały ochotę. W praktyce podchodzili wszyscy. Ile było załóg? Coś mi świta, że siedem, bo zdaje się byliśmy ostatnim składem. Teorię zdawaliśmy po południu, w formie testowej. Ostatnie pytanie było opisowe, ale dołożone dla zbytu, chyba przez naszą kadrę. Brzmiało „Jak wygląda bandera marynarki wojennej Słowacji”. Część osób złapała dowcip, ja dałam się ponieść fantazji i namalowałam własną banderę. Test zdałam. Czy to znaczy że Słowacja będzie kiedyś pływała pod znakiem kwiecistej łączki? Teoria przeszła bezboleśnie. Praktykę mieliśmy zdawać na łódkach, którymi pływaliśmy, z racji iż byliśmy na końcu kolejki mieliśmy podejść do egzaminu dopiero następnego dnia. Wieczorem miały zdawać tylko dwie załogi. Radośnie ruszyliśmy na miasto uczcić zdaną teorię. Nie zdążyliśmy. Ktoś znajomy nas znalazł i kazał w te pędy wracać, bo z racji, że na naszym neszu pływały tylko dwie załogi i idziemy na pierwszy ogień. W zasadzie na drugi, bo pierwsza załoga jest już na wodzie. No to pięknie. Mieliśmy wszystko zaplanowane, kto po kolei będzie siadał za sterem, ja miałam robić odejście od kei… Musieliśmy podpłynąć do ruchomej kei spory kawałek od brzegu, tam zacumować i poczekać na łódkę egzaminacyjną. Piotr naturalnie był z nami również w trakcie egzaminu. Czekając na naszą kolej mieliśmy totalną głupawkę. Pozamienialiśmy się ciuchami na szczęście. W zasadzie byliśmy w dobrych humorach gdy zamienialiśmy się z kolegami, którzy, jak się okazało, wszyscy zdali. Egzamin się zaczął, pływało z nami dwóch egzaminatorów i nasz instruktor, razem z nami siedem osób, to dość ciasno jak na małego nesza, ale miało to swoje plusy. Każdy po kolei przejmował ster, każda komenda, każdy tradycyjny zwrot układały się idealnie. Zamiast odejścia od kei robiłam podejście, na foku, wyszło, nie chwaląc się, idealnie. Cała nasza załoga zdała. Naprawdę niesamowite uczucie. Podobnie muszą się cieszyć zwycięzcy regat.
Kolejny dzień miną nam już spokojnie. Kibicowaliśmy kolejnym załogom wypływającym na egzamin i cieszyliśmy się wszyscy z sukcesów kolegów. Nasza kadra pękała z domy. Nie zdał tylko jeden chłopak, moim zdaniem miał ewidentnie pecha, wiatr wepchnął go w szuwary i nijak nie mógł się z nich wykaraskać.
Wieczorem odbył się tradycyjny chrzest, a po ni wielkie ognisko i zabawa dłuższa niż zwykle. Następnego dnia na porannym apelu odbyło się uroczyste wręczenie patentów i książeczek żeglarskich. Przy odbiorze każdy dostawał od swojego instruktora pagajem po tyłku. Oj Piotruś się postarał, myślałam, że nie usiądę. Każdego tak obdarował. Nie pozostaliśmy mu dłużni, też dostał ciepłego klapsa.
Mogłabym jeszcze długo opisywać co działo się w trakcie tego krótkiego wyjazdu, o tym jak świetnie się bawiliśmy, jak się kłóciliśmy, jak przeginaliśmy, jak przeciekały namioty, jak urwał się kabestan i bloczek od lewego szota. Pamiętam te perełki. To jednak wszystko są stare wspomnienia, lekko zatarte, pożółkłe obrazy przeszłości. Zostało mi trochę zdjęć robionych tak zwaną małpką, wspaniała przyjaźń, życiowa pasja oraz patent żeglarza jachtowego. Moja przepustka do wolności ze zdjęciem, na którym jestem o połowę młodsza… Żal mi go wymieniać na nowy.
Tak się to wszystko zaczęło.
Stopy wody pod kilem, Żeglarskiej Braci.
Miss Admiral
Subskrybuj:
Posty (Atom)