Znajomy zażartował sobie kiedyś, że nie ma takiej rzeczy na jachcie, której nie da się wykonać dobrą załogą. Coś w tym jest. Dobra, zgrana ekipa to skarb. I nie chodzi mi tylko o ludzi, którzy się znają i lubią. Bo to, owszem, jest ważne, ale to nie wszytko. W załodze liczą się przede wszystkim umiejętności każdego jej członka. To jak zachowuje się na pokładzie, jak reaguje to co dzieje się na wodzie, jak szybko (i czy wogule) reaguje na komendy, ile ma własnej inicjatywy… No i czy umie się zgrać z resztą załogantów.
Lubię żeglować z osobami, które czują wiatr, którym zarówno sterowanie jachtem jak i praca na żaglach sprawia frajdę. Ja sama gdy trzymam szota to cały czas staram się utrzymywać żagiel w optymalnym ułożeniu do wiatru. Uważam, żeby nie był przebrany albo nie wisiał jak smutna szmata. Część moich załogantów, bezpatentowych, nie zwraca na to wielkiej uwagi i bez komendy ani nie popuści, ani nie wybierze foka. Szkoda. Przyjemniej się pracuje z ludźmi, którzy łapią o co chodzi i są chętni do współpracy, chcą żeglować, a nie tylko pomelanżować na Mazurach.
Doświadczyłam też na własnej skórze, że trzeba jasno trzymać się planu. Dowodzi jedna osoba, ona jest pierwsza po Bogu i choćby podjęła złą decyzję, to nie należy jej negować. Należy reagować. Dwóch kapitanów to pomylony pomysł. Jednak z drugiej strony im więcej osób obeznanych ze sterem tym lepiej. Tylko umówmy się, że ten kto stoi za sterem, ten ma władzę.
Stopy wody pod kilem!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz