Wróciłam właśnie z rejsu zorganizowanego przez mój ukochany Klub Żeglarski Przechyły, z okazji ich 4 urodzin… Jak zawsze było genialnie, wiało mocno, więc żeglowało się świetnie. Załoga i ta stara i ta nowa zgrała się i zintegrowała idealnie, zarówno na wodzie, jak i na lądzie. O tym, że jedzenie było takie, że na samą myśl mi ślinka cieknie też muszę napomknąć. No, a dzięki sponsorom polecieliśmy praktycznie po kosztach. Pysznie było pod każdym względem. No dobra, pozwolę sobie opisać ten króciutki rejs.
Początek wyprawy miał miejsce w Przechyłach (ul. Cieszyńska 6 Warszawa), gdzie zbierała się cała ekipa, z torbami, śpiworami, gitarami, trochę tego było… Do północy bawiliśmy się na koncercie i wprawialiśmy w żeglarski nastrój przy Przechyłowym Mocnym. Gdy zegar wybił 12.00 wszystkie załogi (znaczy 6 ekip po 7 osób daje nam 42 wesołych żeglarzy) udały się do autokaru, co chwilę trwało, bo poza własnym bagażem trzeba było zapakować jeszcze garmażerkę i napoje na urodzinowe ognisko Przechyłów. Gdy już wszyscy zajęli miejsca uroczy pan kierowca zawiózł nas do Węgorzewa. Uroczy, bo robił postoje w kryzysowych chwilach ;) O świcie dotarliśmy co celu podróży. Dzięki R. u boku (a w zasadzie pod głową) muszę przyznać, że całkiem się wyspałam. W porcie czekały już na nas świetne Twistery 780, lubię ten typ jachtów, szybkie, zwrotne i wygodne. Po przyjęciu łódki, zaokrętowaniu i zapoznaniu się całej załogi (bo poza moim babskim składem dołączył mój R i dwie zupełnie nowe, acz bardzo sympatyczne osóbki) poczyniliśmy przygotowania do wypłynięcia. Nieco się co prawda zaniepokoiłam, gdy przed odejściem od kei o mało nie zgubił się nam obijacz (szczęśliwie zdryfował do lądu), no i odkryłam małą katastrofę w postaci pękniętej puszki piwa w naszym prowiantowym plecaku (sosy w proszku poszły precz, a moja książka o żeglarstwie została „ochrzczona”), zapowiadał się ciekawy rejs. Odejście od kei było barwne. Tradycji stało się zadość i silnik ze mną nie współpracował. Szczęśliwie R. i panna U. opanowali piekielną maszynę i z moją skromną osóbką za sterem wyszliśmy z portu przy 2 próbie. Potem już poszło jak po maśle, zdjęliśmy bom, położyliśmy maszt, a po wejściu na Mamry zaczęło się żeglowanie. Załogę miałam super, tylko z racji nie wyuczonej terminologii (po trosze z powodu na poły zagranicznego ziomka na pokładzie) musiałam wydawać komendy np. na lewą żółtą linę… Powoli jednak językowe niuanse zostały opanowane.
Dzień pierwszy: przez Mamry, na Dargin, tam kąpiel w okolicy Królewskiego Rogu, a potem kurs na Sztynort. Wiało przyzwoicie i co ważne świeciło słońce. No prawie. Było jednak przyjemnie i obyło się bez sztormiaków. Na kanale sztynorckim był istny korek i miałam poważne obawy co do miejsca postojowego. Całe szczęście po przeciśnięciu się przez kanałek udało nam się znaleźć miejsce, tradycyjnie, a jakże, przy kei numer 13 :) Ja bardzo lubię trzynastkę, fartowna jest. Już w Sztynorcie R. pomógł w rozpakowywaniu prowiantu na imprezę, a reszta załogi ogarniała łajbę i się, że się tak wyrażę.
Popołudniowe przyjęcie urodzinowe Przechyłów odbyło się na trawie przy wielkim grillu, na którym piekły się przeróżne pyszności, kiełbaski zwykłe, białe z ziołami (objadłam się nimi jak głupia tak mi smakowały), kurczaczki różnej maści, karkówka i inne smakołyki okraszone różnymi procentami oraz bezalkoholowymi popitkami. Zabawa, żeglarskie opowieści, szanty i inne znane i lubiane kawałki sączyły się do północy. Po tej godzinie zmęczeni wcześniejszą zaprawką, drogą na Mazury, no i dniem pod żaglami żeglarze powoli rozeszli się po łajbach, zahaczając czasem o hamak między drzewami, ławeczkę z widokiem na port, czy inną kameralną imprezę.
Dzień drugi: Po balu w Sztynorcie przyszedł czas na to co tygryski lubią najbardziej – żeglowanie. Celem naszej podróży były Wilkasy. Tego dnia pływaliśmy bez presji, relaksacyjnie, z racji iż pogoda zaczęła kaprysić trzeba było zachować ostrożność. Nieocenione okazały się rękawiczki żeglarskie, które dostałam na imieniny od mamci – dzięki kochana! Stworzyliśmy też Klub Sztormiaczka, jako, że troje z nas miało sztormiaki tej samej firmy, z czego ja i panna M. zaopatrzyłyśmy się w nie tu ż przed wypłynięciem. Co prawda miałam swoją nieśmiertelną żółtą „Kaczuchę”, ale spodnie od tegoż kompletu totalnie podarłam na ostatnim rejsie, więc zmieniłam barwy na gustowny granat. Nowe ubranko sprawdziło się nie raz w trakcie tego rejsu. Wystrojeni w nowe sztormiaki stawiliśmy czoła pogodzie i zgrabnie przehalsowaliśmy przez Dargin i Kisajno. W ramach urozmaicenia wycieczki zaproponowałam załodze żebyśmy odpuścili przeprawę przez kanał Łuczyński w Giżycku, gdyż nie znaliśmy dokładnych godzin otwarcia mostu dla ruchu żaglowego. Zamiast tego zaproponowałam przejście bardzo malowniczym i urokliwym Kanałem Niegocińskim. To wspaniała alternatywa dla hałaśliwego kanału Łuczyńskiego, choć jest wąski i ma nieregulowany brzeg, to zaraz po jego zachodniej stronie znajdują się Wilkasy – cel naszej podróży. Wielkim plusem tego kanałku jest też to, że nie pływają tamtędy duże jednostki pasażerskie Żeglugi Mazurskiej. Po wypłynięciu na Niegocin skierowaliśmy się prosto na Wilkasy, gdyż w brzuszkach nam już burczało, a perspektywa schrupania smażonej rybki była bardzo kusząca. Wieki nie byłam w Wilkasach i jakież było moje zaskoczenie gdy za cypelkiem wyłonił się imponujący nowy port. Cumowanie w Wilkasach było czystą przyjemnością, świetnie przygotowane stanowiska dla jachtów, podprowadzone ujęcia wody pitnej, prądu, bliziutko sanitariaty, umywalnie, prysznice. Na lądzie wyrosła okazała elegancka tawerna (jak się okazało ciut droga, ale rekompensował to koncert i tańce do rana), przygotowano punkty odbioru nieczystości i segregacji odpadów, prawdziwy ekologiczny port. Co prawda w danej chwili prąd do jachtów podciągano przedłużaczami, a pod prysznicami zbrakło ciepłej wody, ale w końcu budowa nowej przystani nie jest jeszcze zakończona, więc można to wybaczyć. A ciepłą kąpiel wzięliśmy i tak kilkaset metrów dalej, na kempingu. Rybka!!! Pyszna rybka prosto ze smażalni skusiła nas od razu. Jakoś tak się złożyło, że cała załoga zgodnie zamówiła okonia :) Palce lizać, to zdecydowanie moja ulubiona rybka. Tak posileni mieliśmy siły sprostać kolejnej imprezie integracyjnej, gdyż pozostałe załogi również kręciły się już w okolicy. Zanim to jednak nastąpiło doznaliśmy olśnienia! Nasza wyczarterowana łódeczka nosiła grzeczne imię Marysia. Sącząc dopiero co wymyślonego przez załogę drineczeczka zgodnie przystaliśmy, że skoro Marysia… a my tu się co chwila z żeglarską listą przebojów prezentujemy, to od tej chwili będzie „Radio Marysia”!!! W ruch poszła taśma izolacyjna i już przechrzczony jacht został sowicie opity, obśpiewany i uwieczniony przez organizatora. Nawet przymusowe przecumowanie w głąb portu, o co grzecznie poprosił miły pan bosman, nie popsuło zabawy. Tym bardziej, że cumowanie rufą mam już opanowane do perfekcji, a tym razem dla fantazji zacumowaliśmy bokiem, dziób w dziób i rufa w rufę z zaprzyjaźnionymi załogami. Wyciągnęliśmy się na szpringach i mogliśmy kontynuować integrację. Zabawa jak zwykle trwała do późna… czy też do wczesnego ranka – jak kto dał radę.
Dzień Trzeci: Komandor rejsu rzucił wyczekiwane hasło – dziś będą regaty! Umówiliśmy się przed wejściem do kanału Giżyckiego tuż przed jego otwarciem, potem mieliśmy wspólnie przeprawić się na Kisajno i ścigać aż do mostu Sztynorckiego. Po śniadanku za którym musieliśmy się nachodzić, bo co ja poradzę, że mi się omlet zamarzył, a reszcie jajecznica i smażone rybki… więc po obfitym śniadanku zgrabnie wyszliśmy „Radiem Marysia” z Wilkas i obraliśmy kurs na Giżycko. Po drugiej stronie Niegocina akurat miało miejsce otarcie nowej Eko-Mariny, na terenie dawnego portu „Yellow”. Tak się złożyło, że tej uroczystości również towarzyszyły regaty. Nieco musieliśmy zmienić kurs, gdyż planowaliśmy pokręcić się po jeziorze zanim udamy się na spotkanie z pozostałymi załogami przed wejściem do kanału, a tu nam się skurczyły możliwości. Czekając na otwarcie kanału ćwiczyliśmy pływanie synchroniczne na silniku z załogą Anulki. Kręciliśmy piękne ósemki i kółeczka. Gdy w końcu ruszyliśmy w głąb kanału… okazało się, że musimy absolutnie zrobić przerwę na tzw. „2”. Cóż, nie można walczyć z biologią, bo to się może źle skończyć, zatem zacumowaliśmy na chwilę by dać wytchnąć kilku osóbkom. Po dotarciu na Kisajno mieliśmy wrażenie, że pozostaliśmy daleko w tyle za pozostałymi jachtami z naszego rejsu i z udziału w regatach nici. Cóż, przynajmniej załoga jachtu „Niezłe Ziółka” wypłynęła nieopodal. Już mieliśmy stawiać maszt, gdy z czarnych chmur runęła na nas ulewa. Niebo nad jeziorem było białe, widoczność żadna, a wiatr przybierał na sile. Całe szczęście zdążyłam założyć sztormiak (a w zasadzie zostać w niego ubrana przez życzliwą załogę). Panna I. nie miała tym szczęści i przemokła nam do nitki… Pompa nieco zelżała, ale chmurzyska nie chciały się rozejść i po chwili wahania, czy schować się co portu Centralnego Ośrodku Sportu, czy płynąć zdecydowaliśmy się na to drugie. W ulewie gdzieś zgubiliśmy „Niezłe Ziółka”, byliśmy przekonani, że co do regat, to już po Ptokach, więc przyznam, powieźliśmy się ciut na silniku, ale gdy tylko wyszliśmy na szerszą przestrzeń rozwinęliśmy żagle. Wiało mocno, tyle, że prosto w dziób. Dzielnie manewrowaliśmy przez cały Dargin, aż do mostu, który miał być metą. Jako, że nie wypatrzyliśmy nikogo z naszych, a natura znów dała o sobie znać, przeszliśmy pod mostem i zacumowaliśmy przy dzikiej kejce z lewej. Po tej przerwie zobaczyliśmy załogę „Niezłych Ziółek” i „Anuli” przepływające obok. To jednak cholera mogliśmy się z nimi ścigać, no ale uczciwie rzecz biorąc nasz falstart na katarynie dyskwalifikował „Radio Marysia”. Szczerze, to miałam świadomość, że część mojej załogi nie zniesie ostrych przechyłów podczas regacenia, a i ja w stylu regatowym nie mam doświadczenia. Obiecaliśmy sobie solennie, że poćwiczymy przed kolejnym wyjazdem z Przechyłami i pokażemy się z lepszej strony. Tymczasem czas był najwyższy skierować się w stronę Kietlic. Okazało się jednak, że to nie koniec przygód na dziś. Przepływając przez Kirsajty (na katarynie) przepuściliśmy na przesmyku jacht idący zgrabnie na żaglach. Skoro mają taką ułańską fantazję i, co było widać, umiejętności, to niech sobie bracia żeglarze płyną. Zwolniliśmy gdy robili zwrot w lewo, odbijając od szuwarów, żeby przejść im bezpiecznie za rufą. Niestety totalną nieznajomością przepisów i kultury wykazała się łajba o nazwie „Gabriela”, której sternik po chamsku wpierdzielił się między nas a manewrujący jacht. Jechali ostro i dosłownie rozepchnęli nas i żeglujących na boki. Popisałam się soczystą polszczyzną, bo dawno czegoś takiego nie widziałam. Koledzy żeglarze wylądowali w trzcinach, a my tylko dzięki refleksowi i zaangażowaniu panny M. uniknęliśmy porządnego zderzenia z „Gabrielą”. Złośliwie pozwolę sobie zauważyć, że takich szpetnych kaszalotów jak siedziały na tej łajbie to dawno nie widziałam. Dobrze, że chociaż rzeczone „rubensy” siedziały po przeciwnych burtach, inaczej by mieli zwrot przez top. Koledzy żeglarze nie potrzebowali naszej pomocy, elegancko, na żaglach wyszli z trzcin, szczęśliwie mieli dobry wiatr. Po tej dawce adrenaliny czym prędzej udaliśmy się na Mamry i obraliśmy kurs na Kietlice. Ten mały porcik, zwany też Keją Sawickich (niestety, nie jesteśmy spokrewnieni) ma swój urok. Zaraz przy pomostach czekają na żeglarzy miejsca na ogniska, a kawałek dalej w budynkach po starych stodołach urządzono pełny węzeł sanitarny oraz tawernę, w której serwują dobre jedzenie i pysznego grzańca z miodem. Lubię to miejsce. Zacumowaliśmy na samiutkim brzeżku pomostu, gdyż ciasno było, miejsca mało, przy brzegu zaś płytko i kamieniście, a bojek brakło. Poszła w ruch kotwica, całe szczęście złapała za pierwszym razem i trzymała do rana – dziękuję zdolnemu załogantowi K. Kietlice jak zawsze przyjęły nas ciepłem ogniska i pieśniami pełnymi nie tylko żeglarskich opowieści. Zapobiegawczo w Wilkasach kupiliśmy kiełbaskę, która smakowała lepiej niż zazwyczaj, może dzięki mazurskiemu klimatowi, a może dzięki towarzystwu. Cały wieczór spędziliśmy przy ognisku, ze znajomymi i nieznajomymi, z niesamowitym starszym panem, który mimo siwizny na głowie zachował chart tak ducha jak i ciała i grał pięknie do rana. Czy może być coś lepszego? Dzień pod żaglami, wieczór przy mazurskim ogniu, pieczone kiełbaski, chmielowy napój, krąg przyjaciół i ukochany u boku. Raj na ziemi. Mój raj to zdecydowanie Mazury. W tak błogim nastroju minęła mi ostatnia noc tego rejsu.
Dzień czwarty i ostatni: Poranek w Kietlicach był lekko senny. Rozbudziły nas dopiero naleśniki ze szpinakiem i pyszna kawa. Nie chcąc tracić czasu na siedzenie na lądzie w ostatni dzień naszego rejsu, postaraliśmy jak najszybciej wypłynąć. O 14.00 mieliśmy zdać jacht w Węgorzewie, więc postanowiliśmy maksymalnie wykorzystać silny wiatr. Sztormiaki nikomu nie przeszkadzały, a uśmiech nie schodził nam z pyszczków nawet w dużych przechyłach. Tego dnia wszystko szło idealnie, każdy manewr. Zmieniłam się za sterem z panną U. i kolegą K., bo każdy chciał jeszcze posmakować wiatru. Pięknie nam się pływało i naprawdę poczuliśmy się zgraną ekipą. W te trzy dni dotarliśmy się i stworzyliśmy prawdziwą żeglarską załogę. Ja miałam w końcu dobrą zmienniczkę za sterem w postaci panny U., zatem została pierwszym oficerem, pozostała załoga świetnie ogarniały szoty, cumy i reagowała na komendy. Silnik nam już nie szalał, bo R. opanował go perfekcyjnie, składanie i stawianie masztu szło jak w zegarku, każdy już wiedział co ma robić, za którą linę ciągnąć, co kiedy odczepić, czy zamontować. Lekki smuteczek przyplątał mi się gdy poprosiłam pannę M. o zdjęcie naszej Przechyłowej bandery. Naprawdę mam wielką nadzieję, że spotkamy się jeszcze w tym składzie podczas kolejnych rejsów. Jakoś tak zdecydowanie za szybko przyszła godzina 14.00, sklarowany jacht czekał na odbiór. Byłam zadowolona z tego jak szybko nam poszło pakowanie i szykowanie jachtu do zdania. Bosman przyjął „Marysię” (z żalem odkleiliśmy „Radio”) bez zastrzeżeń. Na zakończenie udanego rejsu udaliśmy się, podobnie jak kilka innych przechyłowych ekip do Tawerny Keja, która karmi chyba najlepiej na Mazurach. Po napełnieniu brzuszków zrobiliśmy sobie jeszcze pamiątkowe zdjęcie całą załogą, z naszym komandorem rejsu i głównym organizatorem, Jackiem. Udało mi się jeszcze zaskoczyć moją załogę drobnym upominkiem na pamiątkę. Każdy dostał ode mnie małą szeklę. Mam nadzieję, że będzie to dla nich taka „niezapominajka”. Po czułych, acz dość pośpiesznych pożegnaniach (bo cześć z nas wracała autokarem z resztą rejsu, a część samochodem), wyruszyliśmy drogę powrotną do domu… Minęła błyskawicznie…
Cieszę się, że prawie cała moja załoga jest z jednego miasta, nareszcie mamy szansę stworzyć pełny skład. Jeszcze większym szczęściem jest dla mnie to, że w sprawdzonej ekipie odbyłam kolejny udany rejs. No i w końcu mam u boku mężczyznę, który dzieli moją pasję. Jestem szczęściarą.
Dziękuję Wam Kochani za wspaniały rejs!!!
Jak mi się teraz z powrotem na Mazury chce!!! Cierpię za biurkiem katusze nieziemskie. Tylko myśl o tym, że za niecałe 2 tygodnie znów poczuję wibracje pokładu, zapach wiatru i wody trzyma mnie przy życiu.
Pozdrawiam, Miss Admiral.