Na początku były konie. Tak, dość oryginalnie jak na wstępie żeglarskiej przygody, prawda?
Miałam piętnaście lat, na obozie konnym zaprzyjaźniłam się z panną De i tak już zostało. Różnie to z nami bywało, raz lepiej, raz gorzej, raz bliżej, raz dalej, ale wspólna pasja łączy ludzi, żeglarstwo zaś splata ludzkie losy w naprawdę niezwykły sposób.
Rok później... Chciałoby się zanucić słowa „Miałam wtedy, eh szesnaście lat, swoją drogą szłam przez świat, w sercu zawsze tkwiła uparta myśl, by za głosem morza iść„. Tak trafiłyśmy na obóz żeglarski w Piszu nad jeziorem Roś.
Za koję robiła karimata w namiocie, za mesę tawerna, w wachcie było nas pięcioro. Moja skromna osoba, panna De, Łukasz z Białegostoku, Michał z Zakopanego (góral na Mazurach, najlepszy z teorii), Marek(?) z Oświęcimia, kumpel naszego Piotrusia, no i właśnie Piotr, sternik, instruktor i opiekun w jednym. Bardzo się cieszę, że trafiłam właśnie na niego. Piotrek był (mam nadzieję, że dalej jest) naprawdę fajnym facetem. Stara żeglarska szkoła. Szkolił twardą ręką, ale swoją cierpliwością zadziwił mnie nie raz.
Pierwszego dnia był szok. Nie miałam bladego pojęcia co ten człowiek do mnie mówi. Mógłby wydawać komendy w suahili, zrozumiałabym tyle samo. Jak usiadłam za sterem nie umiałam utrzymać kursu. Załoga miała jednak ogromne poczucie humoru, wszyscy startowaliśmy od zera i staraliśmy się ogarnąć temat. Naprawdę się staraliśmy... Po paru godzinach i pierwszych sztagach i rufach zacumowaliśmy szczęśliwie w macierzystym porcie. Błogosławiliśmy keję, gdy podszedł do nas inny instruktor i zagadną Piotra mniej więcej tymi słowy "fajna załoga Ci się trafiła, już zwroty ćwiczycie, a moi jeszcze nie umieją kursu trzymać"... Uśmiałam się... Autorką większości zwrotów byłam ja... Nie żebym miała taki plan... Przynajmniej każdy błyskawicznie nauczył się unikać bliskiego spotkania z bomem.
Tak mijały dni. Pobudka, wypełzanie z namiotów, biegi i jakieś wygibasy w ramach rozgrzewki, potem toaleta i apel. Apel. Załogi na baczność, równo w rządkach, ekipa trzymająca wachtę, wciąga flagę na maszt, wybija szklanki. Potem mówka instruktorów i przekazanie wachty. Następnie odmeldowanie i w końcu śniadanie. Po jedzonku ruszaliśmy na jezioro. Raz na omedze, raz na neszu, poznawaliśmy tajniki żeglarskiego rzemiosła, coraz lepiej czując się w roli szotmenów, sterników, czy nawet żywego balastu. Żeglowanie zaczęło mi sprawiać prawdziwą frajdę. Koło południa spływaliśmy do Campu i tam jedliśmy odtąd, po kilku godzinach wolnego znów wypływaliśmy i zmagaliśmy się z żywiołami aż do wieczora. Po kolacji odbywały się wykłady teoretyczne. Jak teraz o tym myślę, to nie mogę się nadziwić, że mi się chciało tyle uczyć. Może dlatego, że temat mnie wciągnął i nie był to wcale przykry obowiązek. Po porcji wiedzy zaczynała się zabawa, w starym dobrym stylu. Ogniska i szanty. To wtedy poznałam takie betony jak „Na Mazury”, „Hiszpańskie dziewczyny”, „Marco Polo”, „Samatha”, czy takie perełki jak „Zabierz nas na ląd” i „Mona”. Przesiąkłam tym klimatem na wskroś, dałam się zauroczyć historii żaglowców.
Pogoda nas nie rozpieszczała. Ciężkie od chmur niebo raz straszyło deszczem, by innym razem zafundować zimny prysznic. Podczas jednej takiej ulewy po raz pierwszy strach zajrzał mi w oczy i na własnej skórze przekonałam się, że żeglarstwo, nawet to szuwarowe, ma swoją mroczną stronę. Lało. Nasza załoga, pływająca na omedze, w pełnych sztormiakach wyglądała jak stadko kaczuszek. Piotr trząsł się nad nami jak matka kaczka. Kazał nam co jakiś czas zmieniać się za sterem, każdy musiał wykonać szereg manewrów, wydając pełne komendy. Pozostali musieli głośno odpowiadać na komendy, meldować o tym co się dzieje dookoła, uważać na szoty, balastować, pełna współpraca. Wiało całkiem konkretnie, omega, jak wiadomo łatwo się przegina i o ile praca na żaglach i balastowanie sprawiały mi wielką frajdę, to nie miałam najmniejszej ochoty siadać za ster i brać odpowiedzialności za załogę oraz łajbę. Byłam przekonana, że położę łódkę. Mój drogi instruktor był jednak nieugięty. Stwierdził, że skoro chcę żeglować, to przecież muszę to robić w każdych warunkach. „Jak Cię złapie burza na środku jeziora, to przecież nie rzucisz kotwicy”. Nie udało mi się wywinąć, no bo przecież nie będę się zapierała jak kto głupi, skoro zgadzam się z argumentacją Piotra i mam go obok. Bałam się, co tu kryć. Z duszą na ramieniu wydawałam komendy do zwrotu. Nie pamiętam już, jak to się stało, pewnie popełniłam błąd. Przechył przestał być zabawny w chwili gdy przez prawą burtę zaczęła się lać woda. Fala przelewała się przez dziób. Doskonale pamiętam ten widok. Nie wiem już dokładnie jak to było, zdążyłam wydać komendę na żagle, na pewno interweniował Piotr. Ręce mi się trzęsły, a serce waliło jak oszalałe. Chyba wszyscy mieli pełne portki. Pamiętam też ogromną ulgę gdy udało nam się zapanować nad łódką i z tego wyjść. Po wykonaniu kolejnego zwrotu Piotr pozwolił mi zdać ster. Do dziś jestem mu wdzięczna za to, że się ze mną nie cackał. Gdy w tym roku burze przechodziły nad Mazurami, moja mało doświadczona załoga dzielnie wykonywała polecenia, mając moją obietnicę, że bezpiecznie dopłyniemy do portu. Przez chwilę myślałam o tym jak dużo dała mi tamta lekcja i nie bałam się, musiałam wykorzystać sprzyjający wiatr. Jak wspomniałam cieszę się, że Piotr przygotował nas na trudne warunki i na to by nie panikować tylko myśleć. Cały czas tłumaczył nam co robić w sytuacji jaka akurat miała miejsce. Uczyliśmy się na błędach, własnych i cudzych, nie było żadnych złośliwości, nie było rywalizacji, była załoga, współpraca, wiedzieliśmy, że odpowiadamy za siebie nawzajem. Wiedzieliśmy też, że pełne zgranie będzie nam potrzebne na czekającym nas lada moment egzaminie i że jego powodzenie zależy w dużej mierze od tego jak załoga wykona komendę.
Kolejne etapy szkolenia szły szybko. Poza teorią i praktyką wspomnianą wcześniej, musieliśmy zaliczyć dwuetapowy test pływacki. Polegał on na przepłynięciu wytyczonej odległości dowolnym stylem oraz przepłynięciu krótszego odcinka pod wodą. Kolejną, wydawałoby się śmieszną czynnością było śrubkowanie. Dla nie wtajemniczonych to sposób wiosłowania za pomocą jednego wiosła umieszczonego na rufie łodzi. Ruchy wiosła, ustawionego skośnie na powierzchni wody, działają podobnie jak skrzydła śruby napędowej.
Wspominam ten obóz szkoleniowy z pewnym rozrzewnieniem. Byliśmy zupełnie odarci z nowoczesnych technik, wszystko robiło się tradycyjnymi metodami i siłą mięśni. Do dziś umiem zdjąć foka i złożyć go w mały zgrabny pakunek, sklarować grota przy bomie, odejść i podejść do kei bez silnika, na foku lub pagajach. Wiem jak składać maszt bez patentu itp. Czasami mi tego brak. Lazy Jacki choć wygodne to czasem utrudniają żeglugę, czy zakładanie tenta. Roll Fockowi też do końca nie ufam. Za dużo porwanych żagli w porcie widziałam, więc gdy pogoda jest wredna, to kilka krawatów nie zaszkodzi. No, ale wróćmy do przeszłości…
Dwa tygodnie minęły błyskawicznie. Egzamin się zbliżał. Nie był obowiązkowy, podchodziły do niego tylko te osoby, które miały ochotę. W praktyce podchodzili wszyscy. Ile było załóg? Coś mi świta, że siedem, bo zdaje się byliśmy ostatnim składem. Teorię zdawaliśmy po południu, w formie testowej. Ostatnie pytanie było opisowe, ale dołożone dla zbytu, chyba przez naszą kadrę. Brzmiało „Jak wygląda bandera marynarki wojennej Słowacji”. Część osób złapała dowcip, ja dałam się ponieść fantazji i namalowałam własną banderę. Test zdałam. Czy to znaczy że Słowacja będzie kiedyś pływała pod znakiem kwiecistej łączki? Teoria przeszła bezboleśnie. Praktykę mieliśmy zdawać na łódkach, którymi pływaliśmy, z racji iż byliśmy na końcu kolejki mieliśmy podejść do egzaminu dopiero następnego dnia. Wieczorem miały zdawać tylko dwie załogi. Radośnie ruszyliśmy na miasto uczcić zdaną teorię. Nie zdążyliśmy. Ktoś znajomy nas znalazł i kazał w te pędy wracać, bo z racji, że na naszym neszu pływały tylko dwie załogi i idziemy na pierwszy ogień. W zasadzie na drugi, bo pierwsza załoga jest już na wodzie. No to pięknie. Mieliśmy wszystko zaplanowane, kto po kolei będzie siadał za sterem, ja miałam robić odejście od kei… Musieliśmy podpłynąć do ruchomej kei spory kawałek od brzegu, tam zacumować i poczekać na łódkę egzaminacyjną. Piotr naturalnie był z nami również w trakcie egzaminu. Czekając na naszą kolej mieliśmy totalną głupawkę. Pozamienialiśmy się ciuchami na szczęście. W zasadzie byliśmy w dobrych humorach gdy zamienialiśmy się z kolegami, którzy, jak się okazało, wszyscy zdali. Egzamin się zaczął, pływało z nami dwóch egzaminatorów i nasz instruktor, razem z nami siedem osób, to dość ciasno jak na małego nesza, ale miało to swoje plusy. Każdy po kolei przejmował ster, każda komenda, każdy tradycyjny zwrot układały się idealnie. Zamiast odejścia od kei robiłam podejście, na foku, wyszło, nie chwaląc się, idealnie. Cała nasza załoga zdała. Naprawdę niesamowite uczucie. Podobnie muszą się cieszyć zwycięzcy regat.
Kolejny dzień miną nam już spokojnie. Kibicowaliśmy kolejnym załogom wypływającym na egzamin i cieszyliśmy się wszyscy z sukcesów kolegów. Nasza kadra pękała z domy. Nie zdał tylko jeden chłopak, moim zdaniem miał ewidentnie pecha, wiatr wepchnął go w szuwary i nijak nie mógł się z nich wykaraskać.
Wieczorem odbył się tradycyjny chrzest, a po ni wielkie ognisko i zabawa dłuższa niż zwykle. Następnego dnia na porannym apelu odbyło się uroczyste wręczenie patentów i książeczek żeglarskich. Przy odbiorze każdy dostawał od swojego instruktora pagajem po tyłku. Oj Piotruś się postarał, myślałam, że nie usiądę. Każdego tak obdarował. Nie pozostaliśmy mu dłużni, też dostał ciepłego klapsa.
Mogłabym jeszcze długo opisywać co działo się w trakcie tego krótkiego wyjazdu, o tym jak świetnie się bawiliśmy, jak się kłóciliśmy, jak przeginaliśmy, jak przeciekały namioty, jak urwał się kabestan i bloczek od lewego szota. Pamiętam te perełki. To jednak wszystko są stare wspomnienia, lekko zatarte, pożółkłe obrazy przeszłości. Zostało mi trochę zdjęć robionych tak zwaną małpką, wspaniała przyjaźń, życiowa pasja oraz patent żeglarza jachtowego. Moja przepustka do wolności ze zdjęciem, na którym jestem o połowę młodsza… Żal mi go wymieniać na nowy.
Tak się to wszystko zaczęło.
Stopy wody pod kilem, Żeglarskiej Braci.
Miss Admiral